EBENEZER ROJT

Wypisy z "Mrówki Poznańskiej"
albo o zgubnych następstwach zbytku

W tym samym 1821 roku, gdy Mickiewicz w Kownie pisał "Romantyczność", w Poznaniu ukazał się nakładem Juliusza Adolfa Munka pierwszy tom "Mrówki Poznańskiej", pisma "ku użyteczney zabawie rozumu i serca". Prócz zapowiedzianego we wstępie dążenia, by "zapobiegać zepsuciu, i idącemu za niem upadkowi oyczystego ięzyka" [1], "Mrówka" zajmowała się również kwestiami moralnymi. Przede wszystkim kwestią ludzkiej szczęśliwości ("bo każdy [...] rodzi się z żądzą szczęśliwości, i każdy czuie niezbędną potrzebę szperania na nowo, coby go szczęśliwym uczynić mogło"; s. 2) oraz wiążącą się z nią kwestią zbytku. Że zaś "poezya upiększa każdą wiadomość bez wyiątku" (s. 3) poruszano te doniosłe problemy również mową wiązaną. I tak autor ukryty pod inicjałami A. St. zachwalał w wierszu "Do wieśniaków" ich proste obyczaje, umiejętność przestawania "na małem", i zapewniał:
Rzec mogę śmiele, waszym iest udziałem
Szczęście prawdziwe.

Próżna chęć zysków iest od was daleka,
Miernego tylko pragniecie dobytku,
I od szkodliwey wolniście dla człeka
Rozpusty, zbytku (s. 37).

W tomie piątym "Mrówki", wydanym w roku następnym, kwestii zbytku poświęcono osobny artykuł. Tym razem kierowany głównie do warstw mniej poczciwych i pragnących więcej niż tylko "miernego dobytku". Anonimowy autor ostrzegał w nim, że
Naród uśpiony przesądami, nie przestaiący na tem, że handel rozciągły dogadza dostatecznie rzetelnym iego potrzebom, zatrudnia się wynaydywaniem uroionych i nadprzyrodzonych; sytość go usypia; zmiana staie się dla niego konieczną, [...] przemysł musi co chwila wynaydywać nowe rodzaie czucia: rozkoszy się mnożą; [...] Ztąd tyle wydatków lekkomyślnych, przyjemności kosztownych, smaków dziwacznych, zwyczaiów przemiiaiących można widzieć w kraju, gdzie zbytek założył sobie pomieszkanie. Wszystko odmienia się nieustannie, wszystko się odradza i psuie, ażeby się podobać ludziom, albo raczey dzieciom, które co chwila nowych cacek żądaią, albo które się mienią bydź nieszczęśliwemi, że nie maią zabawek iakie w ręku innych widziały [2].
I konkludował (co warto przypomnieć w obliczu teraźniejszego kryzysu finansowego, spowodowanego nieumiarkowaniem zadłużających się po uszy rządów):
Dla dogodzenia odradzaiącym się uroieniom, potrzeba bogactw: iakakolwiek ilość byłaby ich w narodzie, iest ona zawsze zbyt mała dla zadosyć uczynienia tym, którzy ich żądaią. Tak więc rząd musi stać się łakomym, dla zadość uczynienia swoim łakomym poddanym, których namiętności niczem innem iak tylko wdziękiem zysku poruszyć nie można: a nigdy skarby państwa nie wystarczą dla tylu zgłodniałych, których trzeba poruszać (s. 91; kursywa moja).
Poznaniacy nie słyną może z hojności, ale za to już dwa wieki temu niemal instynktownie rozumieli, o co chodzi w ekonomii [3].

[1] "Mrówka Poznańska. Pismo ku użyteczney zabawie rozumu i serca", rok pierwszy, tom I, styczeń, luty, marzec 1821, s. V. Chodziło o to, ażeby pod wpływem niemczyzny język polski w Wielkopolsce "nie przekształcił się w dziki dyalekt Szląski" (s. XV). Redakcja zalecała na przykład, by zamiast Ja sobie z tego nic nie robię, mówić: ia na to nie zważam, nie dbam; nie stoię o to (s. XI), a zamiast Pierwszy lepszy; n.p. weźmy pierwszą lepszą książkę, mówić: książkę, która nayprzód w ręce lub na oczy wpadnie, albo na którą nayprzód się napadnie (s. XII).

[2] "Mrówka Poznańska. Pismo ku użyteczney zabawie rozumu i serca", rok drugi, tom V, styczeń, luty, marzec 1822, s. 89-90.

[3] Nawyki w gospodarowaniu nic sobie nie robią ze zmian politycznych, to jest chciałem powiedzieć: nie zważają na nie. Pospolicie sądzi się, że Poznaniacy nabrali ekonomicznego ducha dopiero za sprawą pruskich porządków porozbiorowych. Tymczasem już ksiądz Kitowicz pisał jako o rzeczy oczywistej, że "w poznańskim i kaliskim [...] panowie i szlachta we wszystkiém wielką zachowują oszczędność", więc gdy zaraz potem dodawał, iż nawet oni, ci wielce oszczędni, podają "dla pryncypalnych osób wino węgierskie i to dobre, na szary koniec francuzkie", miało to świadczyć o rozmiarach szalejącego w Rzeczypospolitej konsumpcjonizmu (zob. Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów i zwyczajów za panowania Augusta III, tom III (wydany z rękopismu przez Edwarda Raczyńskiego jako dziewiąty tom "Obrazu Polaków i Polski w XVIII wieku"), księgarnia Walentego Stefańskiego, Poznań 1841, s. 205). Wino węgierskie pili zresztą wszyscy (którzy mogli). Toteż gdy Stanisław Staszic chciał uprzytomnić swoim czytelnikom, ile kraj traci "przez tak nieumiarkowaną Konsumpcyą", również sięgnął po przykład z węgierskim winem:

"W roku 1785. Chociaż i seymiki spokoyne, i trybunały trzeźwe były, okazuje się z regestrów celnych, że w przeciągu 18 miesięcy 36 tysięcy beczek samego tylko wina węgierskiego wprowadzono do Polski. Beczkę po 10 Czerw. Zł. rachuiąc, wyszło z kraju pieniędzy blisko 7,000,000 [siedem milionów]. Ledwie nie drugą połowę wprowadzono Kontrabando. Nadto furmani sami tylko węgrzyni bywaią. Strach pomyśleć, iak wiele przepiiamy w innych winach francuzkich, Ryńskich, Włoskich, Hiszpańskich. etc. etc." ([Stanisław Staszic], Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego Kanclerza i Hetmana W.K. Do dzisieyszego stanu Rzeczypospolitey Polskiey przystosowane, [1787], s. 157, przypis (z); o nieumiarkowanej Konsumpcyi na stronie 159 i następnych; pisownię zachowałem niemal bez zmian).

Dlaczego 36 tysięcy beczek węgierskiego wina po 10 czerwonych złotych za beczkę daje w sumie blisko siedem milionów? Dlatego, że pieniądzem obrachunkowym był wtedy złoty polski, a jeden czerwony złoty, dukat, odpowiadał 18 złotym polskim. U Staszica wychodzi nawet więcej, przeszło 19 złotych za dukata, ale to pewnie tylko z tej przyczyny, że blisko siedem milionów wygląda efektowniej niż sześć i pół miliona.

Swoją drogą, tanio Staszic policzył to wino. Kiedy biskup Krasicki w lutym 1795 roku pisał do brata z Berlina, donosząc, że mu tam "potrzeba węgierskiego wina", swoje wymagania sprecyzował tak:

"Proszę bardzo takiego, któreby było stołowe, białe brzoskwinowate, choćby miała beczka kosztować 25 albo 30 czer. złot. zamówić dla mnie beczek sześć. I antałków choćby jeszcze lepszego ze dwa albo ze trzy.

Oprócz tego zaś starego, wytrawionego, dryakwią pachnącego, choćby i sto czerwonych złotych kosztowało, beczkę lub dwa antały. Konieczna tego potrzeba. A to dlaczego? Oto dlatego, iż prosi o to książę nominat arcybiskup gnieźnieński, z serca kochający brat" (Ignacy Krasicki, Dzieła, tom VI, nakład S. Lewentala, Warszawa 1879, s. 444; kursywa za oryginałem).

Zatem wino mogło być po 10 czerwonych złotych za beczkę, a mogło być i po 100 czerwonych złotych, jeśli wytrawione i dryakwią pachnące, więc godne stołu księcia arcybiskupa.

No dobrze, a ile to wychodzi za flaszkę, taką dzisiejszą, 0,75 litra?

Otóż według systemu miar wprowadzonego w 1764 roku beczka to troszkę ponad 270 litrów, czyli jakieś 360 dzisiejszych butelek, antał zaś to ćwierć beczki, czyli 90 butelek. Żeby porachować, ile kosztowała butelka, poręczny będzie drobniejszy nominał niż złoty polski, to znaczy grosz. Trzeba tylko pamiętać, że złoty odpowiada 100 groszom od niecałych stu lat. Wtedy złoty polski to była równowartość 30 miedzianych groszy (albo 4 srebrnych). Zatem jeden czerwony złoty to 18 x 30 = 540 miedzianych groszy, a beczka węgierskiego wina wedle wyceny Staszica kosztuje 5400 groszy. Po podzieleniu przez 360 daje to 15 groszy (inaczej pół złotego) za butelkę. Natomiast w wypadku wina "dryakwią pachnącego" będzie to choćby i dziesięć razy tyle, a więc 5 złotych.

Jak to się ma do cen innych towarów?

Według tabeli zamieszczonej w "Dzienniku Handlowym" z grudnia 1787 roku na stronie 644 ("Dziennik Handlowy" miał ciągłą numerację stron w obrębie rocznika) korzec grochu (ale "podleyszego) kosztował 16 złotych polskich, a mąki pszennej pytlowej dwa razy tyle. Kopa jaj dwa złote. "Kożuch dobry" 18 złotych. Tyle samo kosztował wieprz, ale "chudziec". Natomiast "karmny dobry" aż 56 złotych. Tyle samo "krowa mierna". A kogo nie było stać na wino, mógł pić piwo w promocyjnej cenie 8 groszy za garniec (czyli za 3 i 3/4 litra). To teraz to sobie wszystko liczcie, przeliczajcie i obmyślajcie budżet domowy z końca XVIII wieku.

Nb. Staszic chyba trochę nazmyślał z tym ogromem alkoholowej kontrabandy, pewnie znów dla efektu. Tak w każdym razie uważał Jan Ferdynand Nax i dał temu wyraz w obszernym komentarzu do Uwag. Nie ma to już wprawdzie żadnego związku ani z oszczędnymi Poznaniakami, ani z rozrzutnym księciem arcybiskupem, ani nawet z winem węgierskim, ale że pisał rozsądnie i barwnie, cóż szkodzi go zacytować.

"Nie wiem komuby się mogło udać to przemycenie Komór naszych, aby na iego upewnienie Autor z iakimkolwiek pozorem prawdy mógł wnosić ową ogromną wielość wina kontrabando do Kraiu wprowadzoną, jak w przepisaney Nocie [chodzi o cytowany przeze mnie wyżej przypis Staszica] z gatunkiem niezawodności to twierdzi, bo pisać domyślnie na samym mniemaniu, sama rostropna rozsądność nie powinna pozwalać. Mieszkając w pobliskości tego winnego Kordonu, nawet śladu tego przemycenia dostrzedz nie mogłem, tak teraz są wszystkie szlaki strzeżone, a na pochwałę naszych Celników, trzeba powiedzieć, że w przetrząsaiącym Rzemieśle, wszystkich Zagranicznych trzęsikieszonków przechodzą, tak się w tym kunszcie przećwiczyli, iako z doświadczenia upewnić mogę, iż przy moich podróżach, daleko mnie ściśley zrewidowano na Polskich Komorach, jak na Zagranicznych mytnicach, gdzie nayczęściey samym parolem uczciwego człowieka się kontentowano" ([Jan Ferdynand Nax], Uwagi nad uwagami, czyli obserwacye nad xiążką, która w roku 1785 wyszła pod tytułem Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego Kanclerza i Hetmana W. Kor., w drukarni Piotra Dufoura, Warszawa 1789, s. 231-232; pisownię zmieniłem nieznacznie, kursywa moja).

I tak już zostało u nas po dziś dzień, bo i jakiż urząd w Polszcze mógłby się kiedykolwiek ukontentować parolem uczciwego człowieka.